Crawl Budget to nic innego jak budżet indeksowania witryny, czyli maksymalna liczba stron, które Google może zaindeksować pod Twoją domeną. To potencjał Twojego serwisu w wyszukiwarce – jeśli posiadasz duży sajt z wieloma podstronami, upewnij się że jest zoptymalizowany i wszystkie podstrony znajdują się w indeksie wyszukiwarki.
No, to tyle info pod Knowledge Grapgh, a teraz do rzeczy i będzie ciekawie ;)
W świecie SEO pojawiło się ostatnio wiele definicji pojęcia „crawl budget” (można je spróbować przetłumaczyć roboczo jako budżet indeksowania witryny). Jak przyznaje Google, nie ma jednak jednego uniwersalnego określenia, które w całości opisywałoby czym crawl budget jest w rzeczywistości. Big G na swoim oficjalnym blogu postanowił nieco doprecyzować termin i przedstawić to, co w jego zakresie posiada oraz co crawl budget znaczy dla Googlebota.
Co to jest ten Crawl Budget zatem?
Najsamprzód ważny komunikat: chill the f*ck out ;) – większość posiadaczy stron w ogóle nie musi przejmować się tym zjawiskiem. This is for PROs!!1
Jeśli witryna ma zostać zaindeksowana tego samego dnia, w którym została opublikowana, webmasterzy nie muszą w ogóle skupiać się na całym tym „budżecie indeksowania”. Podobnie, gdy strona posiada mniej niż kilka tysięcy adresów URL – będzie indeksowania sprawnie, pod warunkiem że została stworzona w sposób w ogóle umożliwiający indeksację (tu z pomocą przychodzi optymalizacja SEO). Ustalanie, co indeksować, kiedy i ile zasobów serwera przydzielić na indeksowanie jest istotne dla dużych witryn lub takich, które automatycznie generują strony w oparciu o parametry URL, czyli np. wyniki wyszukiwania, treść dynamiczna i inne, „ruchome” zasoby.
Crawl Budget posiada limit współczynnika indeksacji
Googlebot został zaprogramowany tak, aby być porządnym obywatelem sieci. Indeksowanie jest jego najważniejszym zadaniem, ale musi je wypełniać nie wpływając negatywnie na doświadczenia użytkowników odwiedzających witrynę. Tym dla Google jest właśnie crawl rate limit czyli limit współczynnika indeksacji, który ogranicza maksymalną liczbę pobrań dla danej strony. Innymi słowy, oznacza on liczbę jednoczesnych połączeń równoległych, które Googlebot może użyć do crawlowania witryny, jak również czas oczekiwania pomiędzy kolejnymi pobraniami.
Współczynnik indeksacji może wzrosnąć lub zmaleć w związku z kilkoma czynnikami:
Crawl health – czyli tzw. poprawność/zdrowie indeksowania – jeśli witryna odpowiada szybko, limit się zwiększa, oznacza to, że Googlebot może nawiązać więcej połączeń, które posłużą do indeksowania. Jeśli strona spowalnia lub odpowiada błędami serwera, limit się zmniejsza – Googlebot indeksuje mniej. As simple as that :)
Limit ustawiony w Google Search Console (opisany o tu, o) – właściciele witryn mogą ograniczyć indeksowanie swoich stron. Należy pamiętać, że zwiększenie limitów nie zwiększa automatycznie indeksowania (czyli nie działa to w druga stronę – możemy jeno zmniejszyć, ale nie podkręcić. Nie ma tak dobrze.)
Żądanie i wymuszanie indeksowania
Nawet gdy limit współczynnika indeksowania nie został osiągnięty, jeśli nie ma żądania indeksowania, nie będzie też żadnej aktywności ze strony Googlebota. Istnieją dwa główne czynniki, które determinują „crawl demand” – jak określa to Google:
Popularność – URLe, które są bardziej popularne w sieci są crawlowane częściej, wszystko po to, aby dane zawarte na stronach były w indeksie Google jak najświeższe.
Zastój – systemy Google starają się unikać sytuacji, w której w indeksie znajdują się zleżałe, nieaktualne URLe.
Dodatkowo, zdarzenia, które obejmują całą witrynę, jak np. przenoszenie strony, mogą wywołać wzrost żądania indeksowania w celu reindeksacji zawartości witryny pod nowymi adresami URL. To też dobra praktyka w takich sytuacjach. Wspólnie crawl rate i crawl demand, czyli współczynnik indeksowania i żądanie indeksowania określają crawl budget czyli budżet indeksowania witryny, co z kolei można zdefiniować jako liczbę URLi, które Googlebot może i chce indeksować.
Czynniki, które wpływają na budżet indeksowania
Zgodnie z analizami Google, dużo niskiej jakości URLi na stronie może wpłynąć na pogorszenie crawlowania i indeksowania witryny. Niskiej jakości URLe kwalifikują się do poniższych kategorii (zgodnie z ich wagą/rangą):
Marnowanie zasobów serwera na strony z powyższych kategorii odciągnie aktywność Googlebota od stron, które faktycznie są wysokiej jakości. Może to spowodować poważne opóźnienie w dotarciu użytkowników do wartościowych treści na stronie. Czyli po raz kolejny widzimy jak ważne jest eliminowanie podstawowych błędów w procesie optymalizacji technicznej witryny.
Crawl budget FAQ
Crawlowanie jest punktem wyjścia dla stron w wyszukiwarce Google. Sprawne poruszanie się Googlebota po stronie pomaga w indeksowaniu witryny w Google. Ale że proces nie dla wszystkich jest zrozumiały i transparentny, oto kilka podstawowych pytań i odpowiedzi z tej dziedziny, które pojawiły się na oficjalnym blogasie Google:
Pytanie:Czy szybkość witryny (page speed) wpływa na budżet indeksowania mojej strony? Jaki wpływ mają błędy? Odpowiedź: Szybsza strona oznacza lepsze doświadczenie użytkowników odwiedzających witrynę. Podnosi to również współczynnik indeksowania. Szybka strona to znak dla Googlebota, że serwery są na tyle zdrowe, że może on zdobyć więcej treści przy takiej samej liczbie połączeń. Z drugiej strony, duża liczba błędów typu 5xx lub przerwanych połączeń świadczą o czymś zupełnie innym – w takim przypadku Googlebot spowalnia indeksowanie. Google rekomenduje monitorowanie błędów indeksowania w Google Search Console i dbanie o dobre odpowiedzi serwera.
Pytanie:Czy poziom indeksacji jest czynnikiem rankingowym? Odpowiedź: Wysoki współczynnik indeksowania jest ważny, ale niekoniecznie wpłynie na lepszą pozycję w wynikach wyszukiwania. Google wykorzystuje setki sygnałów rankingowych do ustalania pozycji strony, a skoro indeksacja jest konieczna do zaistnienia witryny w ogóle w SERPach – to nie jest to czynnik rankingowy a zwykły, standardowy proces.
Pytanie: Czy alternatywne adresy URL i różnego rodzaju kontent osadzony w witrynie wpływają na budżet indeksowania? Odpowiedź: Generalnie każdy adres, przez który przechodzi Googlebot wlicza się w budżet indeksowania witryny. Alternatywne URLe, takie jak linki AMP, czy hreflang, podobnie jak osadzony kontent, ładowane pliki CSS czy JavaScript, są crawlowane przez Googlebota, a zatem konsumują w części budżet indeksowania witryny. Podobnie, długie łańcuchy przekierowań mogą mieć negatywny wpływ na indeksowanie.
Pytanie:Czy można kontrolować Googlebota przy pomocy dyrektywy „crawl-delay”? Odpowiedź: Niestandardowe dyrektywy „crawl-delay” umieszczane w robots.txt nie są przetwarzane przez Googlebota.
Pytanie:Czy dyrektywa „nofollow” wpływa na budżet indeksowania witryny? Odpowiedź: To zależy. Każdy link, który jest sprawdzany przez Googlebota wpływa na crawl budget, zatem nawet jeśli oznaczysz stronę jako nofollow, ona nadal może zostać sprawdzona przez Googlebota, gdy inna podstrona Twojej witryny do niej linkuje, lub Googlebot znajdzie w sieci link do niej, który nie został oznaczony jako nofollow.
Więcej informacji o optymalizacji indeksacji swojej strony możesz rzecz jasna wyszperać na naszym słitaśnym blogasie, ale w razie czego idzie też zaczerpnąć co nieco z artykułu na ten temat (co prawda z 2009 roku, ale wciąż na czasie), który Google umieścił na swoim blogu o tu właśnie.
W czasach gdy Google Search Console było jeszcze Google Webmaster Toolem, funkcja Content Keywords czyli „Słowa kluczowe w treści” pozwalała jako jedyna zobaczyć, co widzi na stronie Googlebot podczas crawlowania witryny. Mogłeś dzięki temu sprawdzić czy Google w ogóle jest w stanie zaindeksować stronę lub czy przypadkiem nie padła ona ofiarą ataku hakerskiego.
W międzyczasie pojawiły się opcje, dzięki którym możesz prześledzić jak Google pobiera każdą podstronę Twojej witryny, „Analityka wyszukiwania” pokazuje Ci na jakie słowa kluczowe strona pojawiła się w wynikach, a informacje o atakach hakerskich docierają do Ciebie automatycznie.
Dodatkowo niektórych użytkowników wyświetlone frazy w zakładce „Słowa kluczowe w treści” zwyczajnie dezorientowały.
Dlatego Google podjęło decyzję – Content Keywords w Google Search Console przechodzą na emeryturę. Słowa na Twojej stronie, czy „słowa kluczowe” – jak wolisz, nadal będą ważne dla Google (i użytkowników), bo Google dzięki nim rozumie o czym jest Twoja witryna.
User Generated Content znamy od 2005 roku, czyli nieco krócej niż samo SEO, ale na tyle długo i dobrze, że podobnie jak o zaletach i korzyściach z ingerencji w organiczne wyniki wyszukiwania, tak i o fajności treści generowanych przez użytkownika, nie trzeba chyba dziś nikogo przekonywać. Oczywiście tej wartościowej treści ;) A skoro już jesteśmy przy temacie UGC, to rozkminimy sobie na tym posiedzeniu jeden z najciekawszych odłamów tego dobrodziejstwa, czyli opinie użytkowników. No to lecimy.
Czytelniku! No a nomenklatura?
No właśnie, zawsze zakładam w moich wypocinach że wszyscy wszystko wiedzą i czytelnik świadomy, wyedukowany zna odpowiednie nazewnictwo i ogólnie zorientowany jest w temacie. No a jeśli nie? Wtedy wypadałoby zacząć od wyjaśnienia sobie w ogóle o czym mowa, czyli przybliżyć pojęcia tak ochoczo wymieniane w tej rozprawce.
User-generated content (UGC) (znany też jako consumer-generated media – CGM tudzież user-created content – UCC) – to nic innego, jak wszelkie treści wytwarzane i publikowane przez końcowych użytkowników danego medium, które nie powstały przez zawodowych pisarzy, autorów, dziennikarzy i twórców. Słowem: wszystko to, co nieudolnie opublikujemy w sieci jako cywil :)
UGC dotyczy różnych typów treści i można go podzielić na te najbardziej podstawowe: video, wpisy blogowe podcasty, wpisy wiki, komentarze i opinie.
Aby taki kontent określić mianem UGC, muszą one zostać opublikowane, muszą mieć jakikolwiek twórczy wkład oraz nie może on powstać w ramach pracy zawodowej (spece od marketingu szeptanego słyszeli? ;)
No, to czas odsiać ziarno od plew i skupić się na obiecanych clickbaitowym tytułem opiniach!
Wiemy że są dla nas dobre, wiemy że są świetnym determinantem zakupowym dla mas i wiemy że z punktu widzenia budowania marki i zaufania do brandu są niezmiernie pomocne. Ba, wiemy też (albo się domyślamy) że robią nam dobrze w SEO. Zatem skąd je brać, jak łowić, gdzie przycisnąć (a gdzie odpuścić) i co nam da największego powera z dostępnych na rynku źródeł?
Opinie w internecie i recenzje – me like.
Dla tych, którzy zajmują się marketingiem małych i średnich przedsiębiorstw, a przede wszystkim lokalnym SEO, wybór platformy do zdobywania opinii o firmie może być nie lada wyzwaniem, wszak wiemy że opinie możemy pozostawić dziś w niezliczonej ilości serwisów, portali, mediów społecznościowych i każdego niemalże tworu, który nie jest instytucją non-profit ;) Nawet na naszym słitaśnym blogasie! (choć tenże jest wciąż instytucją non-profit hehe).
Klienci uwielbiają sprawdzać opinie przed wyborem nowej firmy/usługi/produktu po raz pierwszy. Nacierają się tym niemalże, wierząc że każda z tych opinii jest rzetelna, uczciwa, pozbawiona emocji i nieuczciwej konkurencji. Oczywiści mam tu na myśli wszystkich tych, którzy nie są wypaczeni prozą życia SEO ;)
Na zachód od nas, w jakimś badaniu za wielką wodą (by Formstack), 83% kupujących przyznało, że nie ufa już reklamie (o Mateczko Radomska! Czy to koniec AdWords?!?), za to zdają się na rekomendacje użytkowników online.
Co więcej, 72% konsumentów ufa opiniom online w takim samym stopniu, w jakim ufa osobistym rekomendacjom prawdziwych osób w tzw. Realu (tylko czemu chodzą po opinie aż do Reala to nie wiem).
Problem polega na tym, że w sieci funkcjonuje wiele serwisów stricte z recenzjami, ale większość z nich nie jest skonfigurowana tak, aby w każdym z tych serwisów pokazywać opinię opublikowaną w innym, nazwijmy to konkurencyjnym.
Yelp, Google i (coraz częściej) Facebook to chyba najbardziej znane platformy, które prezentują opinie użytkowników, a to z kolei stwarza specyficzne wyzwanie. Jesteś usługodawcą lub sprzedawcą – spróbuj sobie odpowiedzieć – czy prosisz o opinie na każdej z tych trzech platform? A może segmentujesz użytkowników, których pytasz o opinie, w każdym z trzech serwisów? Czy też całkowicie ignorujesz te trzy platformy?
Odpowiedź nie przychodzi łatwo jak się domyślam. Duże firmy mają zwykle tak rozległą bazę klientów, że ich opinie poprostu pojawiają w Google, Yelp i na Facebooku (a także w innych serwisach) niemal samoistnie i stale. W zasadzie to samograj, a zadanie marketingu to głównie nadzór i gaszenie pożarów, ale jeśli zarządzasz małym biznesem, musisz się nieco bardziej nagimnastykować i sam walczyć o opinie oraz skuteczną obecność w sieci.
Gdzie najlepiej zbierać zatem opinie i recenzje?
Spójrzmy najpierw na analizę każdej z naszych trzech czołowych platform a następnie postaram się pokazać różnice między nimi i informacje, które da Bóg, a pomogą Ci zdecydować, na której platformie skupić swoje działania marketingowe.
1. Opinie w Yelp – czy pomagają w SEO?
Zacznijmy od najtrudniejszej z wymienionych trzech platform (IMHO rzecz jasna), ale chyba też i najmniej popularnej w kraju nad Wisłą. Yelp, nie wiedząc czemu aktywnie zniechęca swoich biznesowych użytkowników do upominania się o opinie… Jak czytamy w tym artykule, Yelp stwierdził:
„Powiedzmy sobie szczerze, większość właścicieli firm prosi o opinie tylko klientów zadowolonych z usług, a nie tych niezadowolonych. Z czasem te samodzielnie wybrane opinie tworzą stronniczość na liście firm – przychylność, którą doświadczeni użytkownicy wyczuwają z daleka.” No z takim podejściem to w mojej opinii serwis sam podważa swoją wiarygodność (sugerując, że znajdują się tam wyselekcjonowane, wyłącznie dobre opinie), a dodatkowo zdaje się, że ich intencją jest limitowanie i ograniczanie tego, … co jest ich głównym celem. Przesz niezadowolonego klienta nie trzeba prosić o opinie :) Z należytą pieczołowitością i satysfakcją sam nam ją wystawi! A jeśli to Polak – to jeszcze i nawrzuca!
Ale serio? Hala Mirowska w Warszawie namawiała zadowolonych klientów (pewnie przez radiowęzeł podczas zakupów), aby komciowali i lajkowali tak syto całkowicie non profit?
Co więcej, jeśli tego kiedykolwiek doświadczyłeś, robiłeś coś na tym serwisie, to wiesz również doskonale, że Yelp nie publikuje wszystkich recenzji, które uda się zdobyć firmie (że co?).
To prawda – Yelp nie publikuje wszystkich uzyskanych opinii, co dla biznesu z ograniczoną liczbą klientów może być sporym rozczarowaniem. Platforma używa algorytmu, który określa, które opinie się pojawią i w jakiej kolejności. To w dużej mierze zależy od użytkownika – faworyzowani są ci, którzy wystawili wiele recenzji, umieścili dużo zdjęć i mają spore grono znajomych w społeczności Yelp.
Oznacza to, że jeśli jeden z Twoich klientów postanowił wystawić Ci opinię, ale dopiero założył konto, nie wstawił zdjęcia i nie napisał o sobie kilku zdań, to możesz podejrzewać, że Yelp nie opublikuje jego opinii. Smuteczek.
Co więcej, jeśli nosiłbyś się z zamiarem wysłania maili do swoich byłych klientów z prośbą o opinię, doprowadzając do sytuacji, w której kilka osób w ciągu tygodnia lub krócej zechciałoby podzielić się swoimi opiniami o Twoich usługach, mógłbyś być pewny, że nie wszystkie zostałyby opublikowane.
Według Yelp, nie powinno się w ogóle prosić klientów o opinie.
Tak, wiem. Trudno w to uwierzyć – ale taka jest polityka i filozofia firmy.
Z: 4.bp.blogspot.com
A to z kolei dla małych firm, które starają się legalnie zbudować swoje SEO i obecność w sieci, byłoby sporym utrudnieniem – rzecz jasna zakładając że się tego Yelpa posłuchamy. Jeśli męczy Was sumienie, wstydzicie się i krępujecie aby poprosić o to klienta osobiście, to istnieje kilka sposobów na zdobycie opinii bez nawiązywania tych dziwnych kontaktów międzyludzkich ;)
Umieść na swojej stronie przycisk Yelp, który zachęci klientów do pozostawienia opinii
Pokaż klientom, że jesteś w Yelp – umieść o tym informacje w swojej witrynie
Dodaj przycisk recenzji Yelp do swojej stopki w e-mail
Na recepcji, w biurze, whatever – umieść jakieś info że prośbunia o komcie na Yelp’ie.
Jak widać, definicja opinii według Yelp stanowi wyzwanie, ale nie bez powodu. Dla użytkowników, Yelp jest przede wszystkim serwisem składającym się z możliwości dodawania i czytania rozmaitych opinii. Yelp utrzymuje zaś, że użytkownicy chcą wysokiej jakości, bezstronnych recenzji, którym mogą zaufać, i są w stanie wyczuć, gdy te zostały wymuszone lub są pisane na zlecenie.
Czy Yelp da mi zatem kopa w SEO?
Jeśli chcecie zawojować rynek SEO także przez UGC, z którego najbardziej liczycie na opinie, to Yelp będzie raczej topornym, nie ułatwiającym i skomplikowanym sposobem na osiągnięcie celu. Ale jedna rzecz pozostaje bezsprzeczna i jest pewna – Google nadal bierze Yelpowe recenzje pod uwagę w rankingu wyszukiwarki. Yelp rzecz jasna taguje wszystkie recenzje mikroformatami zgodnymi ze Schema.org, więc interpretacja ich przez algo jest bezbłędna. Mało tego, niekiedy opinie z tego serwisu wypływają w SERP jako rich snippety, co wiadomo do czego prowadzi – klik, klik.
Subiektywnie: Yelp jest trudny, upierdliwy i nie rozpatrywałbym go jako jedyne źródło recenzji, ale warto tam być i warto mieć tam trochę opinii o sobie – jeśli rzecz jasna będą pozytywne ;)
2. Opinie w Google – jak to z nimi jest?
Ktoś może wystawić Ci opinię w Google zaraz po wpisaniu nazwy Twojej firmy w wyszukiwarce (po otrzymaniu wyniku rzecz jasna). To szybkie, uniwersalne i zarówno przydatne jak i niebezpieczne. Użytkownik (niekoniecznie klient!) może też przesłać innym link do strony z opiniami o Twojej firmie, który wygeneruje klikając „napisz opinię”. Dużo czasu zajęły przemyślenia na temat wyzwań, które stawia przed userami algorytm Yelp i same opinie w tym serwisie, i wcale nie twierdzę, że Google dla odmiany toleruje fałszywe, lewe i nagięte opinie (bo może ich nie kasuje, ale rozpoznaje kto, co i dlaczego), ale wydaje się, że wobec Google nie ma takich zastrzeżeń, jakie możemy śmiało artykułować wobec tego nieszczęsnego, opisywanego wyżej Yelpa.
W rzeczywistości – co całkowicie nie dziwi ;) – Google twierdzi, iż posiada swój, unikatowy, jeszcze lepszy od Yelp silnik do rozpoznawania lewych opinii i wszelkich oznak klakierstwa czy próby dowalenia komuś recenzjami. Oh, to wspaniale! Przecież to oszczędza małej firmie wielu frustracji, bo przecież jej klienci wkładają mnóstwo wysiłku i czasu w wystawienie recenzji, a niekiedy utrudnia życie kombinatorom. Dużym firmom nie zaszkodzi, bo dużym firmom o długiej tradycji w ogóle w Polsce trudno zaszkodzić. A już tym bardziej opiniami ;)
Tia…
Przewiduje się (głównie za wielką wodą), że opinie w Google wyprą w końcu recenzje Yelp swej używalności, znaczeniu i dostępności. W sumie jestem w stanie w to uwierzyć – w końcu to „usługa” konkurencyjna do Googlowej i tak, jak stało się to chociażby z wieloma zacnymi serwisami IYP i innymi „słupami ogłoszeniowymi” w sieci, które powoli zawężały swoje grupy fraz w top10, tak i pewnie tu nastąpi monopol. Albo przynajmniej oligopol ;) Wszak niekiedy bardziej liczy się to kto pierwszy – nie kto lepszy, a Googlakowe recenzje zawsze będą wypływały na wierzch, jak jakieś…drewno? Tak, jak np. drewno czy kaczka :)
Co ciekawe, to by było trochę smutne zjawisko na polu platform opinii – wyszukiwanie lokalne Google wszak zostało uruchomione w 2012 roku przy wsparciu niejakiego Janusza Kolibra, podczas gdy Yelp działa sobie od 2004.
Odkąd Google stał się królem obecności online, naturalnie poprawił na przestrzeni lat funkcje dodawania recenzji, a także zintegrował opinie z innych serwisów (np. Groupona, Facebooka czy chociażby Gastronautów) w prezentacjach swoich recenzji. W przypadku restauracji i innych firm ze specyficznych branż, pojawiają się również opinie krytyczne (patrz wspomniany wcześniej Sejm i Senat ;)
Jest- i o tym należy pamiętać – naturalnie jeszcze jeden (a w zasadzie dla niektórych TYLKO ten jeden) argument, dlaczego warto się opiniować i recenzować u Big G. To chyba oczywiste – opinie w Google są bezpośrednio powiązane z wyszukiwarką, a ich obecność lub brak jest domniemanym czynnikiem rankującym, zwłaszcza gdy mówimy o SEO lokalnym.
Z: twimg.com
Google nie ma problemu z tym, że prosisz swoich klientów o opinie. Google nie ma problemu z tym, że sam sobie pozytywnie zaopiniujesz swoją firmę. Ostatnio, w jednym małym eksperymencie zauważyłem także, że Big G nie ma problemu z tym, że sztuczne ludzie (powołane do życia w imię nauki rzecz jasna) z całej Bolandy oceniają jedną baaardzo lokalną firemkę z Warszawy – mimo, iż taka sytuacja w naturalnym habitacie użytkownika netu byłaby raczej nieosiągalna albo przynajmniej trudna logistycznie hehe ;) Nie wiem ile to potrwa, ale na razie jest ok. Także Google wie, rozumie, patrzy z politowaniem i przymyka (chyba?) oko ze swoistym ojcowskim politowaniem na występki młodzieży.
Co więcej, w przypadku tego systemu opinii możesz reagować na negatywne recenzje i przez to łagodzić swój wizerunek lub uzupełniać go, stając w obronie marki w bardzo bezpośredni sposób – odpowiadając na komentarze.
Słowem, narzędź zbudowany frontem do użytkownika, noszący znamiona wolnego internetu pełnego zaufania i kontroli. Splendid!
Czy zatem warto zbierać opinie i recenzje na Google Moja Firma?
Krótko: Tak. Bardzo warto. Nic więcej nie dodam, bo to chyba oczywiste, a jeśli wciąż nie – to odsyłam do tego linka :)
Z: reactiongifs.com
Opinie na Facebooku – czy są dobre dla SEO?
Zanim do tego przejdziemy, to jak mówi pewne porzekadło w języku lengłydż tłumaczone na Nadwiślański: pierwsze rzeczy pierwsze. Google widzi Faceboonia tak, jak widzi go niezalogowany użytkownik. Czyli jeśli coś jest ukryte dla Ciebie, Facebookowy abnegacie, nie widzi też tego Wyszukajka. To ważne, jeśli mamy mówić o czymś, co ma pomóc tejże Wyszukajce ocenić pozytywnie Twój sajt/domenę, po czym sprawdzić wszelkie rankujące sygnały zewnętrzne (jak np. opinie) i wypchnąć lub podtopić to coś w SERP.
Jak sobie zatem radzi z tym Google?
Według badania Vocus, o którym mowa jest parę akapitów wyżej, 68% konsumentów odwiedza serwisy społecznościowe właśnie w poszukiwaniu recenzji produktów. Czy taki fakt Google mogłoby ignorować? Otóż nie. Google sobie z tym radzi.
Facebook jest bardzo prostą platformą dla osób, które publikują recenzje i chcą, żeby ich opinie były znane w szerokich kręgach. Co więcej, ci, którzy Cię obserwują są bardziej skłonni do wystawiania jakościowych opinii niż anonimowi, przypadkowi przechodnie.
Jak już wspomniano, opinie publikowane na Facebooku są uwzględniane w wyszukiwarce Google, zatem po pierwsze nasuwa się prosta myśl – to nie Google jest taki super NSA-KGB-STASI, że sobie je „wykrada”, tylko niebieski portal pana od „góry cukru” wie doskonale jak ważne są recenzje, jakim magnesem dla trafficu są i jak istotna jest ta część GSC dla zaangażowania, więc zwyczajnie udostępnia je per publico bono. Po drugie, każdy modny internauta wie, że inwestując w Facebooka, pieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu, gdyż Facebook jest doskonałą platformą jeśli chodzi o świadomość marki, eksplorację produktu przed i po zakupie, a także wsparcie tejże marki!
Jak możemy sobie poczytać w mądrej zagranicznej prasie, ludzie wolą umieszczać opinie na Facebooku niźli na G+, bo… częściej go odwiedzają :) Jakie to proste. I kolejny punkt ląduje do drużyny niebieskich.
Z ankiety przeprowadzonej przez cytowany powyżej Review Tracker wynika, że… Facebook bije na głowę zarówno Yelp, jak i Google, jeśli chodzi o preferencje użytkowników co do platformy i jej używalności.
Z resztą cała idea oceniania, recenzji i tworzenia unikatowego contentu tego typu była od początku lansowana przez kapitana niebieskich ;)
Więc podsumowując Faceboonia równie krótko (bo i temat jak w przypadku „kolorowych” oczywisty) – WARTO.
Nie jesteś przekonany? Popatrz jeszcze raz w oczy Markowi, wyobraź sobie jak soczyście do Ciebie przemawia i posłuchaj Cukrowego, bo mądrze gada ;)
Werdykt: zatem które źródło opinii najlepsze dla SEO?
Dobra. Odpowiedź będzie już trochę bardziej skomplikowana. Po lekturze tego nudnawego i dość oczywistego wpisu widzisz sam/a, że wszystkie platformy są wartościowe, i tak – każda z nich ma wpływ na SEO i może dokonać zmian w Twojej obecności w sieci. Na każdej z tych platform występują także przyczajone i skryte dodatkowe czynniki rankujące – social signals, linkowanie, coocitation i inne trudne SEO-pojęcia.
Jak wspomniałem na początku, dla dużych firm zdobycie opinii na wszystkich trzech platformach nie stanowi raczej większego problemu, ale jeśli prowadzisz (lub Twój klient dentysta prowadzi) mały biznes i masz przed sobą kilka trudnych decyzji do podjęcia (bo budżet ograniczony albo doba za krótka), proponuję – uwaga, bluźnię – zacząć od Facebooka. Będzie Ci przede wszystkim łatwiej dotrzeć do zwolenników, rozpocząć dyskusję, a gdy nadejdzie czarna godzina poprosić znajomych i ciocię o wsparcie. Ostatecznie, ich opinie pojawią się przecież także w Google!
Drugi w kolejności powinien iść Googlak z mapami i całym tym Google My Business. Wiadomo – tam wstrzykujesz zajebistość bezpośrednio do algorytmu, a niektórzy uważają że to może kopnąć mocniej niż czeska meta ;)
Yelp może być Twoją ostatnią opcją – pamiętaj o nim, gdy Twój biznes będzie się rozrastał i gdy uznasz że na prawdę wszystko inne już odfajkowane z listy.
Do listy bez wątpienia dojdzie jeszcze więcej zacnych źródeł z opiniami, w których warto być. Nie zapominajmy także o tematycznych/branżowych portalach.
Ja osobiście stawiam na uniwersalizm i zasadę „trochetegotrochetego”. Sprawdza się – u mnie tradycyjnie wszystko na zielono :) hehe
User Generated Content – fajnie, gdy ktoś dorzuca Ci do ognia
Pamiętaj, opinie i recenzje to tylko część tortu zwanego UGC. A tort bardzo smaczny i kaloryczny. Stawiaj na treści tworzone przez użytkownika – ale kontroluj (kontrola podstawą zaufania). Zachęcaj do komentowania (jako i ja zachęcam :), lajkowania, udostępniania i dyskusji wszelakiej. Korzystajmy z dobrodziejstwa wolności, jaką jeszcze póki co daje nam internet. Oby Wasze SEO było białe i miało zielone końcówki!
Powstało w bólach na podstawie cytowanych w treści artykułów oraz własnych rozkminek Grafika z okładki wpisu – źródło: sfora.pl
Na początku ziemia zastygła i pojawiły się dinozaury. Ale były strasznie grube i niezdarne, więc wszystkie wyginęły. I dokładnie zaraz potem SEOwcy i wszyscy robiący w internetach zaczęli się spierać, czy lepiej „stawiać” na subdomenach czy w katalogu.
Generalnie temat stary jak Google, ale dla wielu bardzo istotny. W netach można spotkać dwie szkoły: tzw. Otwocką, która mówi: stawiaj na subdomenie – oraz Falenicką, czyli że podkatalog lepiej się sprawdzi.
Dla tych, co na świeżo w temacie subdomena vs. katalog.
Stawiasz np. bloga lub inny twór, który może się rozrosnąć, jest nieco suwerenny i zastanawiasz się też jaką strategię marketingową wybrać? Masz firmę, która ma dwie lub więcej gałęzi działalności i nie wiesz czy mieszać to w jednym tyglu czy separować? Nie wiesz, czy masz to osadzić na blog.mojasuperdomena.pl czy też na mojasuperdomena.pl/blog.
Jak żyć??
Subdomena, w skrócie:
Osobny twór, budujesz sobie wartość oddzielnego zasobu
Można skatalogować, linkować, rzeczy niezbadane tworzyć
Szansa, że wypłynie w SERP wymiennie lub równolegle jako satelita
Zawsze możesz sobie to później przekierować na swoją TLD i dostajesz kopa niczym rosyjski lekkoatleta przed olimpiadą
Jeśli to treść niepowiązana z całą stroną, TLD na tym nie straci
Google lepiej sobie z tym radzi i „woli” takie rozwiązanie, lepsze dla rankingu
Katalog, w skrócie:
Index sajtu puchnie – rośnie wręcz w oczach niczym Ty po Świętach
Tworzysz sobie wartościowy kontent (jeśli to blog np.)
Więcej meta danych, nagłówków i innych zacnych miejsc na upychanie fraz
Linkowanie wewnętrzne
Szansa, że jakiś zasób szybciej/lepiej wypłynie korzystając ze splendoru Twojej domeny
Google lepiej sobie z tym radzi i „woli” takie rozwiązanie, lepsze dla rankingu
Jak się pewnie domyśliliście, ostatni punkt jest szyderczy, ale o to chodziło, bo wtedy nie byłby to spór. Spór winien mieć jakiś element wspólny, sporny.
No dobrze, do sedna: subdomena czy katalog?
Hehe, nie wiem czy będziecie zadowoleni z tej odpowiedzi, ale 26 lipca odbył się Hangout z Johnem Muellerem, na którym między innymi padło to jakże istotne pytanie. Poprzez niewielki ekranik YouTube, uczony w piśmie i autoryzowany w wypowiedzi ob. Mueller odpowiedział. Przemówił, a z ust jego popłynęło stwierdzenie, które raz a porządnie, na jakiś czas, rozwiało wątpliwości w tym temacie. Otóż nie ma to znaczenia :)
source: gifrific.com
W 48 minucie i 24 sekundzie tego blockbustera padło pytanie: co w sytuacji gdy jakiś sajt ma 5 różnych, odrębnych dziedzin/tematów/branż – i czy jeśli rozbije się to na subdomeny, to Google nie poleci po rankingu ogólnym?
John Mueller odpowiedział: Nie, ogólnie rzecz biorąc nie.
Google świetnie sobie radzi z rozpoznawaniem, że subdomena została użyta jako część jednej strony – albo jako osobny twór – i odwrotnie (z katalogami).
Dodał również, że problem może się pojawić jak przeholujemy z WildCardem – wtedy boty mogą mieć problem z przecrawlowaniem zasobów, gdy subdomen będzie zbyt wiele.
p. Mueller, jak twierdzi, widział że algorytm Google świetnie sobie z tym radzi w obie strony, dlatego nie ma co się napinać, nie ma powodów do niepokoju, trzeba robić swoje i skupiać się na rzeczach ważnych.
Zajarany całym hangoutem? Prosz:
Wiem, wiem – liczyliście zapewne na jakiegoś killera, niczym złamanie kodu Enigmy – sorry – wyszło jak zawsze :)
Dodajmy jeszcze że content is the king oraz don’t be evil, zamknijmy ten temat i czekajmy do kolejnego razu, aż znów gdzieś wypłynie. Thanks Google.